Jak wygląda życie z niewidomym kotem- historia Małgosi i Tuli.

Zwierzęta niewidome nie mają łatwego życia.

Jeśli pupil stopniowo traci wzrok, właściciel uczy się jak opiekować się takim zwierzakiem. Jeśli zaś jest to zwierze bezdomne pod opieką fundacji, ma bardzo małe szanse na znalezienie kochającego domu.

Rozmawiam dziś z Małgosią. Prywatnie jest opiekunką kilku czworonogów, ale jedno z nich jest wyjątkowe- Tula.

 Małgosia jest jedną z tych niezwykłych osób, które podjęły się adopcji niewidzącego kota. Zapewniła mu nie tylko kochający dom, ale troskliwą opiekę i fantastycznych towarzyszy.

Olga Maliszewska: Czy możesz nam krótko o sobie opowiedzieć? Czym się zajmujesz i jakie masz doświadczenie ze zwierzętami.

Małgorzata Ałasa: Zamiłowanie do zwierząt nie opuszcza mnie od najmłodszych lat. Z wykształcenia jestem technikiem weterynarii i przez kilka lat pracowałam w zawodzie w warszawskich lecznicach. Dodatkowo współpracowałam z fundacjami działającymi na rzecz bezdomnych zwierząt, m.in. prowadząc dom tymczasowy, dla zwierzaków czekających na nowe rodziny. Od wielu lat towarzyszy mi też małe stadko psów i kotów (2+3).

O.M.: Jaka jest historia Tuli?

M.A: Tula została przyniesiona do lecznicy weterynaryjnej, w której pracowałam. Pewna pani znalazła ją przy kontenerach na śmieci w okolicy centrum handlowego. Tula miała około 4 tygodni i była w fatalnym stanie. Kobieta nie mogła jej zatrzymać, ale bardzo chciała ją ratować, więc przywiozła ją do lecznicy (akurat podczas mojego dyżuru).

O.M. : Jak to się stało, że nie widzi?

M.A: Tula padła ofiarą tzw. kociego kataru – wirusowej choroby, niestety bardzo popularnej wśród wolnożyjących kotów i bardzo niebezpiecznej dla małych kociąt. Koci katar niezmiennie zbiera śmiertelne żniwo wśród bezdomnych kocich maluchów, więc można powiedzieć, że Tula i tak miała sporo szczęścia. Gdy trafiła do lecznicy, w miejscu oczu były już niestety tylko ropiejące rany. Po konsultacji z weterynarzem-okulistą okazało się, że wzrok jest już nie do uratowania. Tula prawdopodobnie zachorowała zanim otworzyła oczy, a gdy przyszedł na to czas „zamknięte” powiekami gałki oczne były już tak bardzo uszkodzone, że trzeba było je usunąć.

O.M.: Czy zabieg był przeprowadzony od razu?

M.A.: Do samego zabiegu Tula musiała niestety „dorosnąć”. Okulistka, która opiekowała się Tulą i chirurg, który miał wykonać zabieg orzekli, że kotce muszą odpowiednio rozwinąć się kości czaszki i inne struktury w okolicy oczu, aby zabieg niósł za sobą jak najmniejsze ryzyko powikłań. Do czasu, gdy będzie można przeprowadzić operację Tulę czekało doraźne leczenie oraz walka o poprawę jej ogólnej kondycji – była poważnie niedożywiona, okropnie zarobaczona i okazało się, że ma również problemy kardiologiczne (zapewne na skutek powikłań infekcji).

O.M.: Jak doszło do tego, że zdecydowałaś się zaopiekować Tulą?

M.A.: Tula została przyjęta do szpitala, ale nikt nie miał pomysłu co z nią właściwie będzie dalej. Nie było możliwości, aby mieszkała w lecznicy przez kolejne pół roku do operacji, na adopcję (gdyby nawet znalazł się ktoś chętny) było za wcześnie, a pani, która ja znalazła była w stanie wspierać ją jedynie finansowo – nie miała warunków aby „podreperowaną” Tulę zabrać do siebie. W szpitalu Tula okazała się wyjątkowo kontaktowym, wesołym, mimo licznych dolegliwości, i bardzo wdzięcznym pacjentem. Dzielnie znosiła niedogodności związane z leczeniem i pokazywała, że w tym małym ciałku kryje się potężny, niezłomny temperament. Jako, że miałam z nią codzienny kontakt w lecznicowym szpitalu – obserwowałam jak dzielnie walczy z chorobą i swoją niepełnosprawnością (już wtedy było wiadomo, że Tula nie widzi i widzieć nie będzie). Urzekł mnie jej hart ducha. Nie jestem pewna co przesądziło, o tym, że zabiorę Tulę do siebie. Po kilku tygodniach szpitalnego leczenia, z maleńkiej, zagłodzonej i schorowanej bidy zmieniła się żywiołowego, prawie „normalnego” malucha i ewidentnie potrzebowała domu, w którym mogłaby się prawidłowo rozwijać i socjalizować. Ta mała znajda chyba od samego początku „wpadła mi w oko” (o ironio 😉 ), więc przygarnięcie jej było dla mnie dość naturalne.

O.M. : Jesteś opiekunką dwóch innych kotów i dwóch psów. Jak Tula radzi sobie w towarzystwie innych zwierząt?

M.A.: Trochę się obawiałam, jak taki maleńki niepełnosprytek odnajdzie się w moim „domu wariatów”. I tego jak pozostałe czworonogi zareagują na nią. Obawy okazały się niepotrzebne. Przede wszystkim Tula była kotem bardzo towarzyskim. Z jakichś nieznanych mi powodów w ogóle nie bała się ani psów ani pozostałych kotów. Weszła w tą rodzinę od razu „jak do siebie”. Psiaki przyjęły ją z entuzjazmem i radością. A jeśli chodzi o koty… Kocur – po pierwszych kilku chwilach niepewności – uznał ją za „swoją”. Śmialiśmy się, że wręcz został „matką”. Nosił Tulę w pyszczku, jak prawdziwa kocia mama, mył ją, pilnował. Szybko zostali przyjaciółmi. Trochę trudniej wyglądały relacje z kotką. Ta czując się panią domu nie bardzo chciała zaakceptować nową lokatorkę. Po kilku dniach syczenia i fuczenia zaczęła intruza konsekwentnie ignorować. Tula uszanowała stanowisko starszej „siostry” i tak sobie dziewczyny funkcjonowały, mijając się i udając, że dla siebie nie istnieją przez niemal 3 lata. Dopiero niedawno zaczęła pojawiać się między nimi jakaś relacja. Teraz już zdarza im się razem leżeć na jednej, tej samej kanapie lub wspólnie jeść, ale nadal nie jest to częsty widok i nie ma mowy o zażyłości czy przyjaźni.

O.M. Czy fakt, że nie widzi wpływa na zachowanie pozostałych domowników?

M.A.: Wydaje mi się, że wszystkie zwierzaki od początku wiedziały, że Tula „jest jakaś inna”, ale nie sądzę, żeby tak naprawdę rozumiały na czym ta inność polega. Od początku wykazywały się wyjątkową tolerancją, nawet na rzeczy, na które niekoniecznie pozwalali np. tymczasowym, fundacyjnym podopiecznym. Tula zawsze mogła zajrzeć każdemu do miski i nikt nie miał do niej o to pretensji. Wybaczają jej układanie się w ich ulubionych miejscach (a nawet siebie nawzajem potrafią spychać z wybranych części łóżka!), ignorują, że czasem na nich wpadnie lub – dosłownie – po nich przejdzie

O.M.: Jak Tula rekompensuje sobie swoją niepełnosprawność? Zauważyłaś, żeby wyostrzyły jej się pozostałe zmysły?

M.A.: Choroba uszkodziła Tuli nie tylko wzrok, ale także węch i – jak podejrzewamy – smak. Ma za to doskonały słuch, który na pewno jest bardziej czuły niż u w pełni zdrowych kotów. Słyszy absolutnie wszystko, potrafi „uszami” zlokalizować nawet maleńką muszkę owocówkę (i taką złapać – serio!). Przy poruszaniu się też dużo nasłuchuje, porusza uszami i wygląda przez to trochę jak nietoperz. Obserwując jej precyzję – w polowaniu na owady – można odnieść wrażenie, że właśnie jak nietoperze posługuje się echolokacją.

Myślę, że Tula nie czuje się „niepełnosprawna”. Zresztą też nie lubię jej tak nazywać. Bardziej niż niepełnosprawna, jest wyjątkowa. Wśród osób, które znają Tulę powstało nawet powiedzenie, że „Tula nie widzi problemu (w swoim braku wzroku)” 😉

O.M.: Jak szybko Tula odnajduje się w zmienionym otoczeniu?

M.A.: Tula wypracowała sobie sposób na zminimalizowanie ryzyka natknięcia się na jakąś niespodziankę. Zawsze po drzemce czy dłuższej nieobecności w jakimś pomieszczeniu robi swego rodzaju obchód – powoli przechodzi dookoła, wzdłuż ścian i mebli, sprawdzając czy wszystko jest tam, gdzie powinno lub co się zmieniło. Kiedy już coś w domu przestawiamy – oczywiście staramy się nie robić tego minutę po tym jak Tula właśnie sprawdziła co w danym miejscu jest – nie stanowi to w zasadzie żadnego problemu. Oczywiście, zdarza się, że Tula na coś wpadnie, o coś się uderzy – nawet w zabawie, zdarza jej się nie zmieścić w drzwiach czy potknąć (a przecież drzwi są zawsze w tym samym miejscu). Ale tak naprawdę – mi też się zdarza. 😉 Tula się tym nie przejmuje i nie zraża niepowodzeniami.

O.M.: Czy wypracowaliście jakiś system informujący o zaistniałych zmianach?

M.A.: Jeśli przestawiam rzeczy bardzo ważne, z kociego punktu widzenia – jak miski (bo sprzątanie) czy jedną z kuwet (bo do pokoju gościnnego przybyli goście) staram się Tuli ułatwić życie i pokazuję, gdzie teraz są. Gdy zawołana przybiega, wystarczy poszeleścić żwirkiem w kuwecie lub postukać w miseczkę z jedzeniem i ona – naprawdę! – łapie o co chodzi. Nauczyła się też reagować na słowo „uważaj!”. Kiedy widzę, że w zabawie pędzi jak szalona prosto na coś, o co może się uderzyć albo gdy balansuje na krawędzi stołu czy szafki – po prostu uprzedzam ją o zagrożeniu. Zwykle reaguje – zwalnia, robi się ostrożniejsza.

O.M.: No, A zabawa? Jak bawić się z takim kotem?

M.A.: Tula bawi się najchętniej ze wszystkich moich kotów. Potrafi bawić się i sama, i z człowiekiem. Jej zabawki muszą po prostu wydawać dźwięki – zainteresuje ją wszystko, co słychać: grzechoczące piłeczki, szeleszczące papierowe kulki, myszki z dzwonkami, nawet toczący się po podłodze korek. Biega za takimi zabawkami, łapie je, podrzuca. Wiosną i latem z dużymi sukcesami poluje tez na wszelkiej maści owady jakie dostaną się do domu. Potrafi złapać wielką ćmę i maleńką muszkę owocówkę. Jest pod tym względem naprawdę niesamowita. Frajdę ma również z rozmaitych kocich „łamigłówek”. Potrafi wyciągnąć przysmaki ze wszystkich skrytek. Łatwo się nie poddaje i walczy o swoje do skutku. Pozostałe koty mogłyby się od niej naprawdę wiele nauczyć.

O.M.: Czy mając doświadczenie i wiedzę zdobytą w życiu z Tula podjęłabyś ponownie decyzje o adopcji niewidomego kota?

M.A.: Zdecydowanie tak! Powiem więcej – jeśli kiedyś miałby się pojawić w moim życiu kolejny kot – bez wątpienia będę rozglądać się za jakimś niepełnosprytkiem. Bez wzroku, słuchu, bez łapki – takie zwierzaki nie są zbyt chętnie adoptowane. Ludzie się boją, bo nie wiedzą czego się spodziewać. A bać się naprawdę nie ma czego. Myślę, że to właściciele niejednokrotnie mają większy problem, by pogodzić się z niepełnosprawnością swoich zwierząt. One same po prostu przyjmują życie takim, jakie jest i korzystają z niego na 100%. Od Tuli i jej podobnych, my – ludzie – możemy się naprawdę wiele nauczyć.

O.M.:  Czy było coś, co na długo pozostanie w Twojej pamięci? 

M.A.: Kiedy już podjęłam decyzję, o adopcji Tuli, dopadły mnie rozmaite obawy o życie z niepełnosprawnym kotem. Zastanawiałam się, czego się spodziewać, na co uważać i jak jej ułatwić funkcjonowanie w moim domu. Zaczęłam więc szukać opiekunów takich zwierzaków w internecie. Tym sposobem poznałam wielu naprawdę niezwykłych ludzi i ich niezwykłe zwierzaki z przeróżnych miejsc na świecie.  Od jednych z naszych wirtualnych przyjaciół Tula otrzymała nawet kartkę na święta – koperta zaadresowana do kota przyszła aż z Texasu.

 

 

Mamy nadzieję, że  podejście Małgosi oraz opis życia z Tulą, przekona ludzi, że adopcja jest świetną postawą, a to, że zwierzak jest w jakiś sposób niepełnosprawny nie czyni gorszym, lecz tylko i wyłącznie wyjątkowym.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *